Wolna miłość, Roma Ligocka

Wydawnictwo Literackie, 2013

Liczba stron: 187

Twórczość Romy Ligockiej znam wybiórczo. To, co dotychczas przeczytałam, pozostawiło we mnie dobre wrażenia, więc bez obawy sięgnęłam po najnowszą na rynku książkę pt: „Wolna miłość”. Gdyby autorka była mi obca za nic w świecie nie chciałabym czytać książki o takim tytule, bo niestety kojarzy się on z hippisami i kwiatami we włosach, czyli czymś, co już nawet w czasach mojego dzieciństwa było obciachowe. Nie doczytałam też wcześniej, że na ten tomik składają się głownie teksty felietonów drukowanych w magazynie dla kobiet. Adnotację tę spostrzegłam minąwszy półmetek książki.

O czym więc są te felietony? O mękach pisania, o przyjaźni i miłości, o miłości rodzicielskiej i odpowiedzialności, kilka dotyczy wspomnień z wojennego dzieciństwa. Autorka pisze również o innych ludziach, o swoich przyjaciołach i znajomych, o domach, w których mieszkała. Czyta się to całkiem dobrze, gdy uświadomimy sobie, że są to felietony do magazynu, natomiast, moim zdaniem, nie tworzą na tyle spójnej całości, żeby łączyć je w książkę. Tekst urozmaica kilka złotych myśli w stylu Coelho oraz kilka mądrych stwierdzeń, które nawet sobie wynotowałam dla pamięci.

Osoba, jaka się wyłania z tekstu to starsza pani, która nie godzi się na starość i która z powodzeniem opiera się mijającemu czasowi. Jej życiowa mądrość sprawia, że na świat i ludzi patrzy ze zrozumieniem, nie mając jednak ambicji na poprawianie rzeczywistości. Zdaje sobie sprawę, że każdy musi przejść przez swoje życie sam, bo na czyichś błędach uczyć się nie da. Widać to, że autorka mieszkała poza Polską, ponieważ jej stosunek do tzw. innych jest zupełnie odmienny od tego, co serwują nam media i czego moglibyśmy się spodziewać od typowej polskiej pani w wieku emerytalnym. Pisarka jawi się jako wzór tolerancji, co przejawia się również tym, że uważa, że każdy wiek jest dobry na miłość.

Przyznam, że początek trochę mnie zniechęcił. W treści znalazło się za dużo teksów motywacyjnych dla pań po sześćdziesiątce, zachęt do afirmacji życia, niepoddawania się starości, itp. Za bardzo trąciło mi to poradnikiem „Jak pięknie żyć w jesieni życia”. A poradników, jak wiecie lub nie wiecie jeszcze, nie czytam nigdy. Potem jednak wkręciłam się w czytanie, zżymając się jedynie, kiedy natrafiałam na powtórzenia – zdawało mi się bowiem, że świat autorki kręci się wokół siłowni i depresji objawiającej się płakaniem na dywanie. Ogólnie pozytywnie, choć niekoniecznie dla młodzieży ani dla starszej młodzieży.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *