Wyspa, Sandor Marai

Czytelnik, 2009

Liczba stron: 166

To moje pierwsze literackie spotkanie z tym autorem. Poprzeczka podniesiona była wysoko. Czy „Wyspa” sprostała wyzwaniu?

Do Dubrownika przybywa pozostający od pewnego czasu w podróży 48-letni profesor literatury Viktor Henrik Askenasi. Nie poznajemy jednak miasta, a wnętrze tego mężczyzny. Upalny maj, niezbyt elegancki hotel i zaściankowi mieszkańcy stają się świadkami upadku Askenasiego. Zanim to nastąpi mamy możliwość prześledzenia wydarzeń, które doprowadziły tego poważanego człowieka do ruiny.

Okazuje się, że Askenasi dręczony był całe życie przez nastroje melancholijne, które po czterdziestce doprowadziły go do kryzysu – w poszukiwaniu odmiany i szczęścia porzucił żonę i dziecko. Naraziwszy się na ostracyzm w swojej klasie społecznej, wprowadził się do przygodnie poznanej tancerki. Jednak w błędzie byłby ten, kto założyłby, że Askenasi się zakochał. To raczej życiowy eksperyment i znudzenie znanym status-quo doprowadziły go do tego posunięcia.

Melancholia, depresja, desperacja. I głębokie przemyślenia starzejącego się faceta. Faceta egoisty – dodajmy. Nie porwała mnie ta książka. Chwilami czytało się ją przyjemnie. Widać, że pisarz bardzo inteligentny, stylistycznie zupełnie bez zarzutu, zdania piękne i okrągłe. Literatura na wysokim poziomie. Co z tego, skoro nie bardzo mnie porywają książki o podstarzałych facetach poszukujących całe życie odpowiedzi na jakieś pytanie (domyślam się, że chodzi o sens życia i szczęście). I zastanawia mnie tylko czy czytelnik-mężczyzna lepiej odnalazłby się w tych marudzeniach desperata Askenasiego.

Z Sandorem Maraiem jeszcze się nie żegnam. Kiedyś dostanie drugą szansę, żeby było sprawiedliwie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *