Zejście pod wodę, Lidia Czukowska

Państwowy Instytut Wydawniczy, 2010

Liczba stron: 174

Jest rok 1949, minęło dwanaście lat od momentu, gdy mąż Niny został zatrzymany i wywieziony do obozu pracy na „dziesięć lat bez prawa korespondencji”. Nina to literatka, która samotnie wychowuje córkę i wciąż wraca myślami do roku 1937 oraz wydarzeń, które miały miejsce później. Wspomnienia, niepewność, skrywane lęki spadają na nią regularnie, a okazją do przemyśleń staje się kilkutygodniowy wyjazd poza Moskwę, do sanatorium dla pisarzy.

Pobyt w sanatorium położonym w pięknej okolicy, Nina pragnie wykorzystać na ukończenie opowiadania o wydarzeniach, które nastąpiły po fali aresztowań, chce również odetchnąć głęboko świeżym leśnym powietrzem i nabrać energii na codzienne zmagania. Cóż z tego, skoro lęk związany z zaginięciem męża wraca regularnymi falami, podsycany rozmowami z pisarzem, który przeżył obóz pracy i podczas długich spacerów opowiada Ninie o okropnościach, jakim poddani byli osadzeni przez władzę intelektualiści. Podczas pobytu w sanatorium Nina konfrontuje swój niezłomny stosunek do władz stalinowskich z postawą innych – wychodzi z tego starcia mocno poraniona i zawiedziona.

Nina nie ma wielkich nadziei na odnalezienie męża. Zdaje sobie sprawę, że został zabity w taki lub inny sposób. Sen z oczu spędzają jej wizje śmierci męża oraz fakt iż nie było jej wtedy przy nim, zmagając się z codziennymi obowiązkami przegapiła moment kiedy to się stało. Z drugiej strony nachodzą ją inne destrukcyjne myśli o tym, że mąż żyje, ale z jakiegoś powodu nie chce do niej wrócić.

Nina jest osobą twardo stąpającą po ziemi, doświadczoną przez życie, kobietą, która boi się szczęścia i radości, bo wie jak łatwo można je stracić. Jej stosunek do świata wyraża się w takim fragmencie, kiedy pisarka po raz pierwszy wyrusza na spacer po okolicy sanatorium i podziwia piękno lasu:

„Szłam ścieżką, pijana miganiem, wirowaniem szaro-białych, smukłych pni i dręczył mnie smutek – jak zawsze w chwilach zbyt bliskiego szczęścia… Przecież mi to odbiorą. Sama oddam. Nikt nie będzie odbierał, po prostu minie to coś nieogarnione, co nazywamy czasem, na kartce kalendarza pojawi się jakaś czwórka albo dziewiątka, z jej nakazu podstawią pod wejście samochód, zacznę pakować walizkę, a brzezina już nie będzie moja, wejście do niej będzie mi zabronione.”

To smutna, ale bardzo piękna książka. W dużej mierze autobiograficzna, co sprawiło, iż odebrałam ją silniej niż gdybym czytała o fikcyjnych postaciach i wydarzeniach. Książka oczywiście nie mogła być wydana w Związku Radzieckim ze względu na treści i krytykę polityki tego kraju. Cieszę się, że nie zaginęła w nurcie pędzącej historii i możemy poznać jedną z wielu wersji smutnych życiorysów i rozdartych sumień.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *