Ziemia kłamstw, Anne B. Ragde

Smak Słowa, 2010

Liczba stron: 285

Gdzieś mi się w głowie kołatało, że to dobra książka. I chociaż okładka z zimowym, zimnym krajobrazem działa na mnie odpychająco, postanowiłam zapoznać się z powieścią norweskiej pisarki. Książka podzielona jest na trzy części, z czego przez pierwszą brnęłam z trudem, zastanawiając się kiedy wreszcie rozpocznie się jakaś akcja. Początkowe rozdziały przedstawiają członków rodziny umierającej Anny Neshov- staruszki prowadzącej wraz z najstarszym synem gospodarstwo rolne i hodowlę świń.

Tor, pierworodny syn, to odludek. Zapatrzony w matkę pozwala jej kierować swoim życiem i podejmować wszystkie decyzje. Został nauczony przez nią nienawiści do mieszkającego w tym samym domu ojca oraz oszczędności, żeby nie powiedzieć skąpstwa. Jako jedyny z rodziny ma dorosłą już córkę, którą widział tylko raz w życiu i którą informuje o krytycznym stanie nestorki rodu. Tor to odludek o wąskim światopoglądzie, który ma lepsze relacje ze swoimi świniami niż z ludźmi.

Margido, środkowy syn, również wiedzie żywot odludka, ale przynajmniej ceniony jest przez społeczność. Prowadzi firmę pogrzebową i swoim spokojem i wyważeniem pomaga rodzinom przejść przez pierwszy okres żałoby. Pozostali bracia postrzegają go przez pryzmat wiary katolickiej, którą ten wyznaje jako jedyny w rodzinie. Margido z nikim się nie związał i wydaje się, że to praca wypełnia mu wszystkie dni. Mimo tego, że mieszka w odległości kilku kilometrów od farmy, nigdy nie odwiedza brata i rodziców.

Najmłodszy z rodzeństwa, Erlend, pracuje jako dekorator wystaw sklepowych w Kopenhadze. Z Norwegii wyjechał ponad dwadzieścia lat wcześniej i nie utrzymuje z rodziną żadnych kontaktów. Jako homoseksualista został praktycznie wyklęty przez matkę i braci. Teraz żyje w długotrwałym związku z dziennikarzem Krumme.

Torunn jest córką Tora. Ma prawie 40 lat i niedawno stała się współwłaścicielką kliniki weterynaryjnej. To nie znaczy, że jest zamożna – ponieważ aby wykupić udziały musiała mocno się zadłużyć. Swojego ojca nie zna – widziała go tylko raz i pozostał jej po spotkaniu niesmak – niechlujny, zaniedbany mężczyzna w lepiącym się od brudu samochodzie, z którym nie miała praktycznie żadnych wspólnych tematów.

Wszyscy ci ludzie spotykają się po latach wezwani przez Tora w obliczu choroby Anny, ich matki i babci. Jest czas przedświąteczny. Torunn jako jedyna osoba stojąca z boku i nie znająca przyczyn niesnasek rodzinnych obserwuje pozostałych i stara się wprowadzić atmosferę rodzinną. Ta jest praktycznie nie do osiągnięcia wśród braci, z których każdy jest inny, każdy pokrzywdzony, zraniony, a szkody psychiczne wyrządzone przez matkę są właściwie nie do naprawienia. Dlaczego życie tych ludzi potoczyło się właśnie w ten sposób? Czy umierająca Anna to samo zło i skąd ono się w niej wzięło? Czy bracia zdołają się tolerować w obliczu śmiertelnej choroby matki? Czy Torunn dowie się w czym leży przyczyna wzajemnej niechęci braci oraz jawnej pogardy Tora dla jej dziadka? Czy poszukująca swoich korzeni Torunn nie będzie rozczarowana tym, czego dowie się o swoich przodkach i wujach?

To książka tak smutna jak jej okładka. Ale to nie smutek był uczuciem najczęściej przeze mnie odczuwanym podczas lektury. Obserwując nieracjonalne uzależnienie 56-letniego Tora od matki-jędzy mogłam się tylko ciskać i złościć. I naprawdę życzyłam jej śmierci, aby przerwać ten toksyczny związek dorosłego faceta ze swoją wredną i skąpą matką. Żeby wreszcie facet miał szansę żyć własnym życiem, podejmować własne decyzje i przejrzeć choć w niewielkim stopniu na oczy. Złościłam się także wtedy gdy czytałam o wąskich horyzontach i braku tolerancji. Czułam obrzydzenie podczas opisów farmy i domu Tora i zastanawiałam się nad tym jak to się dzieje, że ludzie mieszkający w domu lepkim od zbierającego się latami brudu nie zauważają stanu w jakim znajdują się pomieszczenia i sprzęty. Przypominałam sobie pokutujące gdzieś w mojej rodzinie przekonanie, że to co lepsze może być tylko używane od święta – na szczęście wraz ze zmianą pokoleń ten mit odszedł w zapomnienie. W rodzinie Neshov, niestety wciąż pokutował – szafy pękały od nowych obrusów, a na stołach leżały takie, które nie pamiętały własnego koloru.

I chociaż podczas lektury dominowały we mnie negatywne uczucia, to książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. Pobudziła do myślenia, wznieciła żar, który odczuwa się tylko przy nielicznych pozycjach książkowych, wstrząsnęła zakończeniem. Autorka stworzyła trylogię, a ja pozostałe części mam w domu na półce 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *