Żony polarników, Kari Herbert

Carta Blanca, 2011

Liczba stron: 356

Wydaną wcześniej książką „Córka polarnika” Kari Herbert zabiera nas w podróż sentymentalną na Grenlandię do krainy, w której spędziła dzieciństwo – pokazuje w niej jakim przemianom uległ kraj skuty lodem, co wnieśli w nią polarnicy i jak wygląda współczesne życie Innuitów. Najnowsza jej publikacja pt: „Żony polarników” koncentruje się na historii odkryć geograficznych w rejonach polarnych bieguna północnego i południowego. Główny punkt ciężkości położony jest na żony znanych polarników, ale nie da się pisać o kobietach i przemilczeć dokonania ich sławnych mężów.

Dokonania Scotta, Shackletona, Peary’ego czy Franklina są znane, ale czy ich losy potoczyłyby się podobnie gdyby nie mieli wsparcia ze strony kobiet? Trudno odpowiedzieć na te pytania, warto jednak poczytać o roli małżonek w eksploracjach polarnych. Żona Peary’ego, podobnie jak wiele lat później matka Kari Herbert, dała się w rejony polarne żeby być bliżej męża. Żona Shackletona wspierała jego starania i nie utrudniała rozstania powściągając negatywne emocje i strach, dbając o dzieci i robiąc dobrą minę do złej gry, gdy w domu zaczynało brakować pieniędzy.

Niejedna z nich była zdradzana przez mężów pozostających w ciągłych podróżach – zanim bowiem wyruszyli na koło podbiegunowe, polarnicy musieli zdobyć fundusze na wyprawę, co wiązało się z lobbowaniem i wykładami dla szerokich rzesz publiczności. Jedna z żon podsumowała, że na 23 lata małżeństwa spędziła z mężem zaledwie 3 lata.

Książka podaje dużo ciekawych informacji o wyprawach polarnych, wyścigu z czasem, swoimi słabościami, konkurentami w drodze po zaszczyty i sławę. W porównaniu do naszych czasów, kiedy wystarczy wystąpić w najbardziej szmatławym odcinku reality show, aby zyskać rozgłos, ci ludzie wspinali się na prawdziwe wyżyny heroizmu. Niektórzy z nich posuwali się jednak za daleko, a zdobycie bieguna stawało się dla nich obsesją, na którą nie było antidotum.

Najmniej podobały mi się rozdziały dotyczące matki pisarki, ponieważ spomiędzy wierszy spozierała na mnie jakaś newage’owa nawiedzona paniusia, szukająca pociechy w rozmaitych zabobonach. O Wallym Herbercie czytałam natomiast z niekłamaną przyjemnością, podziwiając jego hart ducha i pasję.

Z największym zdumieniem przyjęłam informacje o żonie Johna Franklina, która przez większość swojego życia oddawała się rozlicznym podróżom (a był to wiek XIX, kiedy podróż nie była komfortowa). Ponadto w późniejszym wieku zorganizowała ekspedycje ratownicze, kiedy utracono kontakt z członkami wyprawy na koło podbiegunowe. I choć zajęło jej to wiele lat, zdołała oczyścić imię swojego męża, którego ekspedycja zakończyła się fiaskiem i śmiercią całej załogi. To dzięki żonie, Franklin uznawany jest za bohatera a nie za nieudacznika, jakim w dużej mierze był.

Warto sięgnąć po tę poszerzającą horyzonty książkę o heroizmie tych, którzy odpływali, i tych, które zostawały same na polu bitwy o godność i dobre imię rodziny. Szkoda tylko, że książka zawiera niewiele fotografii. Szczerze polecam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *